czytatnik

Twój nowy blog

Moja Mama

0

Gdy pomyślę o Mamie to ogarnia mnie ciepło i bezpieczeństwo.

Kiedyś Mama była moja nauczycielką… począwszy od tego jak się robi herbatę, poprzez naukę rysowania, a później tego jak być kobietą. To ona pokazała mi czym w ogóle są wartości w życiu człowieka, naświetliła mi takie, które warto wkomponować w swoje życie, jednocześnie zostawiając mi wolność akceptacji moich wartości.Oczywiście, że większość wartości przejęłam od niej, zrobiłam tak nie dlatego że jest to naturalna kolej rzeczy, ale dlatego, że gdy widzę jak wyjątkowa jest to nie mam wątpliwości, że chcę być choć trochę podobna do niej.

Gdybym miała opisać ja jednym słowem byłoby to słowo dobro. Moja Mama jest dobra. Jeśli słowo dobro ma naprawdę tak wiele znaczeń i wymiarów to wiem, że opisuje moją Mamę idealnie. Jest dobra, dobra dla mnie, bo przecież jestem jej dzieckiem, ale nie tylko. Mama jest dobra dla Taty, wybacza, kieruje, cieszy się, wierzy. Mama jest dobra dla każdego człowieka. Wierząc w to, że ludzie są dobrzy stara się dostrzegać w nich te dobre cechy, pomagać, pokazywać, że życie ma tak wiele kolorów i nigdy nie jest za późno by się zmienić i zacząć żyć szczęśliwie, nie krzywdząc innych.

Jestem dumna z mojej Mamy. Przede wszystkim dlatego, że jest mądra. Imponuje mi jej wiedza. Cieszę się, że Mama jest tak światłym człowiekiem, pokazuje mi to jak ciekawe może być życie. To Ona zaszczepiła we mnie głód wiedzy, rozwoju. Jestem dumna z mojej Mamy także dlatego, że jest pięknym człowiekiem, wewnętrzne piękno sprawia, że każdy w jej otoczeniu dostrzega ten blask. Pamiętam, gdy kiedyś z okazji Dnia Matki chórek, w którym występowałam zorganizował spotkanie dla mam.  W tamtej chwili, w malej salce, gdy siedziała pośród innych stu mam napawałam się faktem, że to Ona jest moją Mamą, a właściwie bardziej faktem, że to ja jestem jej córką i spośród wszystkich córek siedzących w sali żadna córka nie ma Takiej Mamy Jak Moja, bo tylko moja Mama lśniła takim blaskiem. To uczucie towarzyszy mi do dziś.  Duma mnie rozpiera też dlatego, że Moja Mama jest stuprocentową kobietą. Bardzo lubię jej elegancje i klasę, a także to, że gdy idzie ulicą to na niej skupia się wzrok mężczyzn. Jestem dumna, bo to jej z jej opinią liczą się moje koleżanki, zarówno jeśli chodzi o zakup garderoby, kosmetyków, ale też w momencie podejmowania ważnych decyzji. Moja Mama naprawdę rewelacyjnie tańczy. Początkowo jej hobby traktowałam z przymrużeniem oka, jednak dziś już wiem, że jest w tym rzeczywiście dobra i bardzo jej kibicuję, jest po prostu najlepsza.

Moja Mama jest ciekawa. Jest kimś z kim warto posiedzieć chwilę dłużej niż można sobie na to pozwolić i kimś z kim nigdy nie chce się kończy rozmowy.  Cieszę się, że spędziłam z nią tak wiele chwil na rozmowach i jeszcze nie raz będziemy rozmawiać.

Moja Mama jest moim autorytetem.

Gdy patrze na moją Mamę to widzę wrażliwość. Czasem tak łatwo ją zranić. Mama nie jest typem naładowanej testosteronem wojowniczki, która tak naprawdę walczy tylko o siebie. Moja Mama walczy o innych, właściwie przede wszystkim. I choć nie zawsze mówi o bólu to widzę jak szklą się jej niebiesko-szare oczy. Kiedyś myślałam, że to Mama ochroni mnie przed całym światem, a teraz jak widzę jej kruchość to sama chciałabym ją chronić przed krzywdą.

Moja Mama ma chore serce. Są dni kiedy widzę jak trudno jej to przede mną ukryć. Wtedy tak bardzo się o nią boję.

Jestem dzieckiem mojej Mamy… i mam wielkie szczęście. To Ona uformowała mój kształt. Popełniłam wiele błędów, a ona mi wybaczała, była i nadal jest. Dzięki niej nie boję się tego co będzie, bo teraz już wiem jak mam żyć. Choć nie mieszkamy już razem i cały czas brakuje mi wieczornych rozmów z nią to w najważniejszych momentach wiem co mam robić, bo zawsze gdzieś słyszę jej słowa. Najczęściej teraz denerwuję się faktem, że nadal bardzo się o mnie martwi, za bardzo – ja naprawdę sobie poradzę, jestem silna, a tą siłę i mądrość mam dzięki Niej.

Dziś moja Mama skończyła 50 lat. 50 lat temu była malutka. Trudno mi w to uwierzyć, przecież dla mnie zawsze była Mamą, a właściwie moją Musią, Musienicą.

Musiu, Musieniczko moja…

Z okazji Twoich urodzin życzę Ci samych dobrych dni.

Życzę Ci tyle miłości ile tylko zdołasz udźwignąć, bo nikomu na świecie nie należy się to bardziej niż Tobie.

Bardzo chciałabym abyś była szczęśliwa.

Nie zmieniaj się, bądź zawsze taka jaka byłaś cale moje życie.

Choć świat pędzi naprzód Ty wciąż jesteś stabilna jak posąg, ze wszystkimi Twoimi ideałami i wartościami.

Pozwól mi nadal być przy Tobie.

Chodź regularnie do lekarza.

 

Po prostu razem

0

 

Deszczowe wieczory nastrajają mnie na filmy. Ten film oglądałam już kiedyś. Dziękuję Ci Telewizjo Polska, że ostatnio go wyświetliłaś, z przyjemnością obejrzałam go ponownie.

Mowa o „Po prostu razem” („Ensemble c’est tout”). Film z 2007 r., w reżyserii Claude Berri, z jedną z najzdolniejszych i najbardziej urokliwych aktorek jakie znam – Audrey Tautou i przystojnym brzydalem (kobiety wiedzą o co chodzi) Guillame Canet.

Historia prosta, ale jak wiadomo w prostocie siła i sztuka! Brak tu niepotrzebnego patosu, niepotrzebnego komplikowania, które często niczego nie wnosi. Dodatkowo oko i zmysł estetyczny cieszy umieszczenie akcji w szlachetnych wnętrzach starej kamienicy pełnej starych drewnianych rzeźbionych mebli, obrazów na ścianach i sufitów zdobionych sztukaterią… aż czuje się zapach starego drewna i duszę mieszkania.

Akcja filmu rozgrywa się w Paryżu na przestrzeni zaledwie jednego roku. Roku, który zmienia życie bohaterów filmu. Na początku filmu poznajemy trzy młode, około trzydziestoletnie osoby. Krótkie, acz bolesne doświadczenia życiowe sprawiają, że z pewnością stwierdzić można iż cechą każdego z bohaterów jest doskwierająca samotność. Młoda kobieta Camille (Audrey Tautou) przyjaźni się z dwoma sąsiadami Philibertem (Laurent Stocker) oraz Franckiem (Guillaume Canet), do których się przeprowadza. Mimo, iż każdy z nich różni się historią życia, charakterem, upodobaniami, właśnie doskwierające im poczucie osamotnienia sprawia, że zbliżają się do siebie. Z czasem zaczynają doceniać rodzącą się i coraz silniej łączącą ich przyjaźń, fakt prostoty bycia razem, wsparcia w drugim człowieku, odnalezienia siebie w jego spojrzeniu. Niestety nie bez znaczenia są demony przeszłości, strach przez bliskością, obawa miłości, otworzenia się, ukazania swych słabości powoduje liczne konflikty, rozstania, kłótnie. Na naszych oczach widać przemianę bohaterów, ich dojrzewanie do miłości, do przyjaźni, do docenienia faktu bycia razem, te wszystkie procesy sprawiają, że łącząca głównych bohaterów więź staje się coraz silniejsza. W końcu postanawiają zająć się babcią Franka, starszą kobietą, która również wprowadza wiele mądrości, koloru, życzliwości i nauki w ich życie.

Film jest bardzo ciepłą historią.Z racji faktu, że jest francuski, brak mu amerykańskiej cukierkowości, historii brak oczywistości. Oglądając historię widz zaczyna zauważać, że wydarzenia są tu tylko tłem, na pierwszy plan wysuwa się każdy z trójki bohaterów, ich sylwetki, przeżycia, ukazana jest przemiana każdego z bohaterów, ich wewnętrzne rozterki i drgania. Śmiało można uciec się do stwierdzenia, iż film stanowi studium trzech przypadków.

Nie bez znaczenia pozostaje też „happy end”. Tak, tak, postacie idą w pożądanym przez widza kierunku, bo przecież historia ma być ciepła i pozytywna, w realnym świecie jest wystarczająco wiele „życiowego brudu”. Camille, Philibert i Frank dostrzegają łączącą ich przyjaźń, uczą się jej i już nie chcą z siebie rezygnować.

Film polecam każdemu, z różnych względów. Tym smutnym by dostrzegli pozytyw życia. Tym zrezygnowanym by zobaczyli, że walka jednak się opłaca. Tym którzy mają wielu przyjaciół by przypomnieli sobie, że trzeba o nich dbać. Tym którzy boj się kontaktu z drugim człowiekiem by uświadomili sobie, że wokół nich jest mnóstwo takich osób i właśnie strach ich łączy i może być fundamentem ich wspólnej przyjaźni. Tym, którzy szukają miłości by nie rezygnowali z poszukiwań. Tym, którzy kochają, by kochali jeszcze bardziej!

Obraz pochodzi z http://www.google.pl/imgres?imgurl=http://www.pokulture.pl/media/2/2011/3_pa__dziernik/ensemble_c_est_tout.jpg&imgrefurl=http://www.pokulture.pl/index.php?itemid%3D1538%26catid%3D1&h=720&w=540&sz=105&tbnid=nPzz3PdGNG2tCM:&tbnh=90&tbnw=68&zoom=1&usg=___YpdeFPQTFMGrJQOVdW0XKwQHBg=&docid=zXLVvsc3OrbkTM&hl=pl&sa=X&ei=rP_MT7i4BKnP4QTKyvD_Dw&sqi=2&ved=0CIMBEPUBMAY&dur=2478

Tysiąc dni w Wenecji

0

Pełna ciepła i inspiracji książka dla miłośników pogodnych lektur – takiego czegoś było mi trzeba. Po ostatnich wydarzeniach potrzebowałam historii wyłącznie pozytywnej, pachnącej ziołami, pełnej słońca i pięknych krajobrazów.

Zachęcająca okładka, a na niej wpis informujący przyszłego czytelnika, że pozycja stanowi odpowiedź na jego oczekiwania koncentrujące się
na romansie, kulinariach, urokach Wenecji. Zauważyć można, że wszystko zostało zapisane na okładce także w sposób niezupełnie oczywisty,
a jednak! Bo z czym, jeśli nie z romantycznymi chwilami kojarzą nam się przejażdżki gondolą w świetle zachodzącego słońca, a na widok dojrzałego soczystego pomidora zaczyna uruchamiać się nasza wyobraźnia, do tego krótkie zdanie „Zakochaj się w słonecznej Italii!”. Okładka majstersztyk:)

Bardzo miłe jest, że w tym przypadku za tak świetną okładką podąża równie dobre wnętrze. Rzeczywiście, znalazłam tam wszystko o czym poinformowała mnie okładka. Najbardziej podoba mi się, że mogę w tym miejscu napisać „też”. Bo też znalazłam romans, też smak, też „słoneczna Italię”, a wszystko podane prosto acz inteligentnie, lekko ale wysmakowanie. „Tysiąc dni w Wenecji” jest jednak czymś więcej niż opisem powyższego – i to mnie najbardziej zaskoczyło! W czasie lektury przekonałam się, że zawarta została tam ogromna głębia prawdy
o samym człowieku, a nigdzie nie wspomniano by była to chociaż w nikłym procencie powieść psychologiczna. Historia jest autobiograficzna, poznajemy Marlenę, amerykankę, kobietę mającą na swoim koncie sporo przejść, dorosłe dzieci i ustabilizowane życie. wszystko zmienia się w jednej chwili. W Wenecji poznaje „nieznajomego”, wkrótce potem postanawia przenieść się do Wenecji, poślubić wenecjanina i zacząć ponownie żyć. Tak też czyni. Marlena opisuje początki w nowej rzeczywistości, którą od początku pokochała miłością bezgraniczną. Największym zaskoczeniem było opisanie relacji z mężem, który z „nieznajomego” staje się Fernandem. Zwykle w takich miejscach dostajemy cukierkową, daleko odbiegającą od prawdy dawkę wyłącznie szczęścia opływającego lukrem. Wszystko jest zawsze takie cudowne, że robi się mdło, a czytelnika ogarnia zazdrość porównując relację książkową do swojej osobistej. Autorka omawianej historii wszystko opisała prawdziwie, włącznie z obrazem gorszych dni, niedomówień, ciszy, niepewności, elementami samotności w związku z drugim człowiekiem. Bohaterowie budują swoją relację, nadają jej kształt, okazuje się, że nawet dojrzały wiek i wcześniejsze doświadczenia nie są wystarczające
by uniknąć potknięć przy nadawaniu formie ostatecznego kształtu.  Oczywiście zawarte są też dobre chwile, jednak i one nie są przesłodzone, bije
z nich powszechna normalność, prostota. Marlena, pomimo wielkiego uczucia do Wenecji, porusza także problem poczucia obcości w nieswojej ojczyźnie.

Pozycję tą mogę szczerze polecić każdemu kto szuka potężnej dawki normalności, prostego optymizmu, bo niewątpliwie cała historia jest szczęśliwa. W szczególności poleciłabym tą pozycję młodym ludziom, którzy obecnie szpikowani są fałszywymi szablonami szczęśliwego życia we dwoje, tym którzy w chwili już nie burzy, ale lekkiego deszczu uciekają pod inny dach, zamiast odważnie kroczyć w strugach deszczu.

Pozycja ma 270 stron, pisanych dwunastką, czyta się więc bardzo dobrze.Tysiąc dni w Wenecji / Marlena de Blasi

 

„Sami tworzymy własne szczęście. To my jesteśmy radością i dokądkolwiek pojedziemy, nasze życie niewiele się zmieni. Inne otoczenie, inni ludzie, ale zawsze wokół nas.”  – Marlena de Blasi / „Tysiąc dni w Wenecji”


  • RSS